poniedziałek, 8 maja 2017

Miniaturka Sivee

 Szczerze nigdy nie pomyślałabym o paringu Simon + Vee, ale mój przyjaciel bardzo prosił bym taką napisała. W sumie łatwo się ją pisało, mam nadzieję, że V. mnie nie zabije. 


 Przez drzwi kawiarni przeszła dwudziestoośmioletnia brunetka. Zamówiła korzenną herbatę i stanęła z boku, czekając na zamówienie. Stukała coś w swoim telefonie, zapewne umawiała się ze swoimi przyjaciółmi na imprezę roku w willi Shane. Ale to tylko moje domysły, nie przejmujcie się nimi. Chwilę później odebrała swoje zamówienie i wyszła na dwór. Po kilku krokach usłyszała swoje imię i się odwróciła. Przed nią stał Simon, jej przyjaciel. Vee nie mogła sobie przypomnieć kiedy ostatni raz się widzieli. Ich kontakt zepsuł się na pierwszym roku studiów, dziewczyna wybrała Yale, a chłopak został w Nowym Jorku, aby uczyć się na Columbi. 



- Cześć V.! - krzyknął Simon - Cóż za niezwykłe spotkanie! Jak tam życie?
- Cześć. - odpowiedziała panna Gilmore po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw rozpoczęcia konwersacji. - Życie układa mi się znakomicie. Prowadzę razem z Sam firmę. Pamiętasz tą jej rodzinną - jej uśmiech zgasł - tą co dostała w spadku po dziadku.
- Ach tak, coś słyszałem. Chyba pisali o was w gazecie. - mruknął
Vee spojrzała na zegarek.
- Muszę lecieć praca wzywa - jej uśmiech był sztuczny jak buty, które nosi Izyy.
- Może spotkamy się kiedyś? - zapytał wyraźnie przejęty Simon
- Jasne. Znasz mój stary numer? - chłopak pokiwał energicznie głową. - Nie zmieniałam go. Zadzwoń kiedy chcesz. - zaczęła odchodzić w stronę taksówki - Pa! - krzyknęła, a samochód odjechał z piskiem opon.
To chyba była najbardziej niezręczna i przymuszona rozmowa, w której uczestniczyła. Stop. Nie. Przypomina mi się wieczór, kiedy przyprowadziła na rodzinną kolacje swojego chłopaka.... to dopiero była katastrofa. Ale to opowieść na inną miniaturkę. Wracając do historii, Victoria opowiedziała całą sytuacje Sam, a ta nie mogła ukryć swojego uśmiechu.
- Musisz się z nim spotkać! - wydarła się jej do ucha, bo krzykiem to tego nie można nazwać - Cały czas pracujesz, pracoholiczko. Wyrwij się, zaszalej, a jak ci się nie spodoba to powiedz, że mamy rano wyjazd do Francji, a ty się jeszcze nie spakowałaś.
- Okej - westchnęła - Spotkam się z nim, wypijemy kawę, a potem urwę znowu kontakt - powiedziała pewnie - Nie chcę wracać do czasów liceum.
Gdyby to było takie łatwe. Panna Gilmore rzeczywiście spotkała się z Simonem tyko jeden raz, ale podczas tego spotkania, po kilku... kilkunastu kieliszkach martini dowiedziała się, że chłopak nadal ją kocha, więc pijana zgodziła się z nim chodzić. Och! Cóż za łaskawa ta nasza Victoria. Niestety po spotkaniu doszło do pewnych komplikacji, wiecie jak to jest szczęśliwy chłopak do tego pijany + szybkie auto to złe połączenie. I tak Simon zginął spadając z urwiska. Przynajmniej jechał porsche, to się jakoś liczy. 
 Tydzień później odbył się pogrzeb, ale musieli zakopać pustą trumnę, ciało znaleźli ratownicy, ale było w fatalnym stanie. Rodzice chłopaka zgodzili się na kremacje, ale i tak chcieli mu odprawić tradycyjny pogrzeb. 
 Przyjaciele nie mogli się pozbierać po jego śmierci, a w szczególności Vee, która tak naprawdę kochała go jak brata i nie mogła się pogodzić z faktem, że to razem pili i że nie powstrzymała go przed tym.
 Gdyby tylko dziewczyna wiedziała co się tamtej nocy wydarzyło, a tak to wstała następnego dnia z wielkim kacem. Po trzecim kieliszku urwał się jej film i  nie zdawała sobie sprawy, że zgodziła się z nim chodzić.
 Coż tak właśnie zakończyła się historia paringu Sivee i właśnie dlatego taki paring nigdy nie powinien istnieć. Wszyscy w tej miniaturce żyli długo i szczęśliwie, no może wszyscy poza Simonem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz